Opis podróży dzieci przez Narnię

Między górami sinoniebieskimi

Temat: Opowieści z Narnii
Ja bardzo lubię "Opowieści z Narnii". Sięgnęłam do nią dopiero po obejrzeniu filmu, a teraz bardzo żałuję, że nie znałam jej wcześniej. Chciałabym aby kojarzyła mi się z dzieciństwem. Poza tym to była druga po Harry'm Potterze seria książek które przeczytałam i przez jakiś czas czytałam tylko je. Potem dopiero przekonałam sie do innych książek.
Uważam, że "Opowieści z Narnii" są bardzo ciekawą i lekką lekturą. Niektóre opisy miejsc są fantastyczne. Ja polubiłam wiele postaci, ale nie mam raczej jakiejś ulubionej. Za każdym razem jak czytałam(czyli chyba z pięć razy) podobała mi się inna część. Np. na początku podobał mi sie "Siostrzeniec Czarodzieja", a najmniej podobała mi sie "Podróż Wędrowca do świtu", zaś za drugim razem było całkiem na odwrót.
Nie uważam żeby te książki nadawały się tylko dla dzieci. Czytałam taki przewodnik po Narnii dla dorosłych i wyczytałam tam wiele interesujących rzeczy. Jak będę dorosła to zamierzam przeczytać jeszcze raz ta serię i zapewne zobaczę ją w zupełnie innym świetle. tutajpoczkategori
Źródło: zlamanepioro.fora.pl/a/a,25.html



Temat:
Opowieści z Narnii
Seria została dodana na Another Book nie tak dawno i na razie brakuje niektórych opisów do książek. Jeśli ktoś może zaproponować opisy, prosimy o kontakt!

Niezależnie od tego, zapraszamy do dodawania komentarzy.



Lew, Czarownica i Stara Szafa

Czwórka rodzeństwa - Łucja, Edmund, Zuzanna i Piotr - z powodu wojny, która toczyła się w Anglii, wyjeżdżają na wieś do ogromnego i tajemniczego domu pewnego...

C.S.Lewis, 1950
Seria: Opowieści z Narnii
Kraina: Narnia

Polecane książki



Książę Kaspian

W drugim tomie Opowieści z Narnii, dzieci muszą pomóc prawowitemu władcy Narnii, Księciu Kaspianowi, odzyskać tron i wygnać ludzi przywracając Narnię jej...

C.S.Lewis, 1951
Seria: Opowieści z Narnii
Kraina: Narnia





Podróż Wędrowca do Świtu

Łucja, Edmund i Eustachy przenoszą się do Narnii. Nieoczekiwanie bramą do krainy staje się obraz w sypialni. Trafiają na pokład "Wędrowca do Świtu". Z innych...

C.S.Lewis, 1952
Seria: Opowieści z Narnii
Kraina: Narnia





Srebrne Krzesło

C.S.Lewis, 1953
Seria: Opowieści z Narnii
Kraina: Narnia





Koń i jego Chłopiec

C.S.Lewis, 1954
Seria: Opowieści z Narnii
Kraina: Narnia





Siostrzeniec Czarodzieja

C.S.Lewis, 1955
Seria: Opowieści z Narnii
Kraina: Narnia





Ostatnia Bitwa

Ostatnia ze wszystkich bitew kończąca jednocześnie cykl opowieści z Narnii.

C.S.Lewis, 1956
Seria: Opowieści z Narnii
Kraina: Narnia
Źródło: rafis6.fora.pl/a/a,152.html


Temat: Biografia C.S. Lewisa
"Opowieści z Narnii" zaliczam do jednych z moich ulubionych książek. Każdą część czytałam kilka razy. Po raz pierwszy zaczęłam czytać je jakies trzy czy cztery lata temu. Gdy pierwszy raz dotarłam do trzeciego tomu, "Podróży >Wędrowca do Świtu<", pod koniec (pamiętam, że był to rozdział, gdy bohaterowie dotarli na Wyspę Głosów) po prostu znudził mnie (nie wiem jakim cudem). I przestałam czytać dalej. Długi czas później postanowiłam jednak dokończyć czytać serię i wypożyczałam po kolei książki z biblioteki. Wtedy dopiero naprawdę polubiłam OzN i tak jest do teraz. Gdybym miała więcej czasu, to z chęcią przebrnęłabym przez wszystkie tomy jeszcze raz Co najbardziej mi się w nich podoba? Ta magia towarzysząca na każdej stronie ksiażki. OzN mają specyficzny klimat, nawet po przeczytaniu ciężko się mi uwolnić spod jego wpływu I wcale nie uważam, że OzN są tylko bajką dla dzieci. Myślę, że każdy znajdzie w nich coś dla siebie, czy to czytelnik starszy czy młodszy. Gdy czytam te książki, tęsknię do tamtego świata Narnii...
Moim ulubionym tomem jest "Ostatnia bitwa" jest to część jednocześnie radosna i smutna, szczególnie ukazuje to koniec książki... I jest tam też jednorożec, a baaardzo lubię te stworzenia
Zaraz potem część, która dawniej mnie znudziła, a którą teraz zaliczam do jednych z ulubionych, czyli "Podróż >Wędrowca do Świtu<" Ciekawą postacią jest Eustachy. Najśmieszniejszy w tej części był tez jego dziennik Naprawdę nie wiem jak to się stało, ze ta część kiedyś mnie nudziła...
Poza tym lubie też "Siostrzeńca Czarodzieja". Podoba mi się sam początek ksiażki, czuć w nim historię, dawne czasy ;] I opis stworzenia Narnii równiez jest bardzo dobry.
Natomiast najmniej lubię "Księcia Kaspiana". Tam mało się dzieje, przez dłuższy czas po prostu chodzą po lesie i tak jakoś nie jest za ciekawy ten tom, jak dla mnie xD
Źródło: elendili.nazwa.pl/viewtopic.php?t=319


Temat: "Opowieści z Narnii" C.S. Lewisa
ze względu na to, że nakręcono Lwa, Czarownicę i Starą Szafę i stało się pewne, że za jakiś czas ten film obejrzę postanowilem wcześniej przygotować się, czytając książkę. W tej chwili jestem na początku Ostatniej Bitwy

LCiSS spodobała mi się bardzo, fakt, pisane jest to dla dzieci, ale ten język mi wcale nie przeszkadzał... książka miala pewne przesłanie i ono również mnie nie denerwowało, było można to spokojnie traktować jako najzwyklejszą fantastykę, choć pisaną dla nieco mlodszych. Książka mi się całkiem spodobała.

Książę Kaspian również mi się spodobał, ale wkurzyła mnie nagla zmiana realiów i połowy bohaterów, ale ogólnie dalej mi się książka całkiem podobała.

Podróż Wędrowca do świtu - no tu już momentami zaczynałem się wkurzać... najbardziej chyba wkurzył mnie Aslan, który do tej pory był Lwem-Królem, posługującym się potężną magią, synem Władcy zza Morza itd... ogólnie łatwo było dojść do tego, że jest osobą boską, ale tutaj nagle Aslan jest przedstawiony jako ten, który całkowicie decyduje o tym, co się z kim dzieje... ogólnie jakiś taki nieskromny był, czasem jakiś zbyt odległy mi się wydawał, już nie był tym dawnych przyjacielem Łucji... Wędrowca jakoś przetrwałem, ale nie podobał mi się zbytnio.

Srebrne Krzesło było straszne... a może ja po prostu miałem zbyt dużo Narnii na raz, w każdym razie przez pierwszą połowę książki si męczylem strasznie... może dlatego, że pozostawiono tylko jednego wcale_nie_tak_starego bohatera, a może to jakieś takie inne opisy... nie wiem, w każdym razie brak akcji, Błotosmętek... to mnie dobijało, w końcu ednak coś zaczęło dzieć i dotrwałem do końca i choć jest to imo najgorsza z części, które przeczytałem, to jednak da się ją przeczytać przy odrobinie determinacji

Koń i jego chłopiec jest całkiem ciekawą opowieścią, tym bardziej, że powracamy do starych bohaterów, a przynajmniej ich czasów, choć mamy nowych bohaterów jest tak... bardziej swojsko (cho nie podobało mi się opisanie Narnii jako małego, nic nie znaczącego królestwa... przecież w LCiSS jeśli się nie mylę było opisane jak to inni przyjeżdżali i kłaniali się królom Narnii... dla mnie wcześniej była ona jednym z najbardziej liczących się państw). Ale dalej Aslan jakiś odległy jest... ale no cóż, już za Jezus nie robi, tylko go na Boga przemodelowali... szkoda... jko Jezus był normalniejszy

Siostrzeniec Czarnoksiężnika ogólnie mi się podobał Spoiler: Zapewne dlatego, że jest w końcu wyjaśnienie kim jest najlepsza postać z całej serii - profesor Kirke, choć nie za bardzo podoba mi się to, że okazuje się on tym, który ściągnął Jadis do Narnii
Znowu wkurzające tu jest takie przeciąganie momentami akcji, przydługie niektóre dialogi.. opisy... które wydają mi się kompletnie niepotrzebne... no i to, że tak długo nie widzimy Narnii... no i znów ta boskość Aslana, choć tutaj jest nieco bliżej zwykłych śmierelników.

Ostatnia Bitwa - czytam, więc jeszcze się nie wypowiem
Źródło: librae.webd.pl/viewtopic.php?t=164


Temat: Ekranizacje lewisowskie
Męstwo, sprawiedliwość, łagodność i wspaniałość są tu tak oczywiste, wyraźne, świeże. Film Adamsona przypomina nam o wartościach, o których trzeba zawsze pamiętać. Jest to również film o przebaczeniu, ofierze, poświęceniu, wreszcie o Miłości. Obejrzałem go nie mając wielkich oczekiwań. Marketing filmowy przyzwyczaił mnie do tego, że zwiastuny i zapowiedzi to najczęściej wybrane najlepsze ujęcia, najbardziej dynamiczne sceny, i że bywa tak, iż zwiastun wypada lepiej niż cały film wypchany watą obrazów i niepotrzebnych dialogów. Obraz Kroniki Narnijskie: Lew, czarownica i stara szafa zaskoczył mnie jednak wyjątkowo. Zapowiedzi filmowe (trzy znane nam trailery) to rzeczywiście zapowiedzi czegoś, co jest jeszcze piękniejsze i jeszcze bardziej chwytające za serce. Dobrze skomponowana produkcja, w której każda scena trwa tyle ile powinna, a sceny dodatkowe, których nie znajdziemy w książce Lewisa, dopełniają znakomicie całości (np. początkowa sekwencja z nalotem na Londyn)! Wyjątkowo wierna adaptacja, która zadowoli i najbardziej nawet wybrednych i podejrzliwych wobec literatury fantastycznej chrześcijan (książka Lewisa określana jest mianem alegorii chrześcijańskiej, choć sam autor z takim określeniem się nie zgadzał), jak i osoby którym kwestie religijne nie zaprzątają głowy, ale kochają Krainę Fantazji i lubią po prostu dobry film.

Nie chcę zdradzać szczegółów, bo film wchodzi na nasze ekrany dopiero w styczniu. Zachęcam jednak każdego z Was do obejrzenia tego filmowego dzieła. Mimo pewnych niedociągnięć (np. dzieci skąpane w lodowatej wodzie, zimą, wędrują dalej w mokrych ubraniach, niektóre efekty specjalne są wciąż jeszcze chropowate jak i w innych filmach, np. w trylogii filmowej Jacksona - kwestia ograniczeń technicznych, które już i tak są przecież tak niewielkie), zachwyciły mnie następujące rzeczy: piękna muzyka (zwłaszcza podobał mi się podkład dźwiękowy w czasie nalotu na Londyn, tzw. kołysanka Narnii, czyli gra Tumnusa na fletni, muzyka podczas bitwy z Białą Czarownicą), gra młodych aktorów (doskonałe kreacje Łucji i Piotra, ale również Edmund i Zuzanna grają dobrze - cała czwórka bardzo autentycznie odgrywa rodzeństwo), animacja Aslana, który jest w tym filmie prawdziwym Królem (sama animacja ujęła mnie bardziej niż animacja Golluma. Lew jest tak autentyczny, jego grzywa tak prawdziwa, jego mimika doskonale oddaje uczucia, zwłaszcza w scenie jego ofiarnej śmierci).

Bardzo podobały mi się też krajobrazy i scenografia. Muszę powiedzieć, że w porównaniu z Władcą Pierścieni Narnia wydaje się bardziej prawdziwa. Wykorzystano plenery w Anglii, Czechach (Teplicko-Adrąpachskie Skały), w Polsce (tak, my też mamy trochę Narnii w naszym kraju) i w Nowej Zelandii. Mniej jest plenerów generowanych czy przerabianych komputerowo (które sprawiały, że na przykład Powrót Króla w niektórych ujęciach był dość sztucznawy) i to sprawia, że film jest tak autentyczny. Piękne są ujęcia (i muzyka) w trakcie podróży na angielską wieś, gdzie dzieci chronią się przed niebezpieczeństwami wojny. Tajemniczy i piękny jest dom starego profesora (tutaj film przypominał mi ekranizację Czarodziejskiego ogrodu Agnieszki Holland), bardzo podobało mi się Latarniane Pustkowie i krajobrazy w trakcie bitwy z Białą Czarownicą.

Narnia to kraina przedziwnych mitologicznych stworów. Doskonała robota Wety, która zbierała doświadczenie w trakcie tworzenia Władcy Pierścieni! Bardzo udane fauny i centaury, może trochę mniej cyklopy. Piękne syreny, niezwykłe, cudownie animowane bobry, wilki i inne dziksze jeszcze zwierzęta i bestie. Ilość stworzonych przez ekipę filmową ras, postaci, gatunków jest niezwykła. I tu moim zdaniem należą się wielkie brawa! Wszystko pasuje do siebie jak należy.

Kilka słów chcę też poświęcić smutnej a potem tak radosnej scenie pasji i zmartwychwstania Aslana. Film nie ujął nic z jej alegoryczno-chrześcijańskiej wymowy. Oglądając samotną wędrówkę Aslana na kamienny ołtarz miałem w pamięci niedawny i dla mnie wyjątkowo piękny film Gibsona Pasja. Te ujęcia były na pewno największą próbą dla ekipy od efektów specjalnych, bo Wielki Lew, postać całkowicie animowana, jest w centrum, każdy jego ruch jest ważny, każde jego spojrzenie i mimika lwiego pyska (w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu, wszak to Aslan, Stwórca Narnii) mają znaczenie. I udała się ta scena naprawde dobrze. Jest bardzo poruszająca i wzruszy chyba każdego, również osoby obojętne na przesłanie chrześcijaństwa.

Wielu moich znajomych chrześcijan martwiło się, że w dobie poprawności politycznej adaptacja może zniekształcać wymowę książki C. S. Lewisa. Zaniepokojenie budził zwłaszcza ten fakt, że producentem filmu jest wytwórnia Walta Disneya, która słynie z przerabiania baśni i bajek nie zawsze z korzyścią dla przesłania adaptowanej opowieści. Moim zdaniem ten film jest chlubnym wyjątkiem! Nie zauważyłem elementów, które odbierałyby Kronikom Narnijskim tego przesłania, które było ważne dla Lewisa. Ten film, podobnie jak książki z cyklu narnijskiego, są świetnym wprowadzeniem do chrześcijaństwa, a dla chrześcijan świetnym sposobem, żeby spojrzeć na prawdy wiary w świeży sposób. W pierwszych recenzjach i opisach filmu po amerykańskiej premierze można było przeczytać, że intencją producentów było takie przedstawienie Białej Królowej, żeby personifikowała ona całe zło nazizmu, idęę białej rasy panującej nad innymi itd. To bardzo szlachetne, choć Lewis mógłby się zdziwić takiej interpretacji (na ilustracjach Pauline Baynes w Opowieściach z Narnii Królowa ma czarne włosy). Myślę, że te słowa producentów to ukłon w stronę współczesnych Amerykaninów i Europejczyków wyczulonych na kwestie holocaustu i zbrodni II wojny światowej. Zapewniam Was jednak, że w filmie nie jest to w ogóle widoczne. Rzeczywiście Tilda Swinton, która gra Białą Królową (a np. w Constantine grała rolę Archanioła Gabriela) jest w filmie autentyczną "Aryjką" o gestach i mimice godnej ohydnej kapo w obozie koncentracyjnym. Jednak interpretacja wiążąca tę postać z II wojną światową nie jest w filmie w ogóle podkreślona. I chyba dobrze, bo w końcu Narnia to świat baśni.

Można za to z pewnością powiedzieć, że film ukazuje drogę Piotra, Zuzanny, Edmunda i Łucji na trony Narnii i śledzi ich przemianę w Piotra Wspaniałego, Zuzannę Łagodną, Edmunda Sprawiedliwego i Łucję Mężną. Bo to film o męstwie, sprawiedliwości, łagodności i wspaniałości, które mają swoje źródło w ofiarnej miłości.

Chciałoby się napisać więcej. Ale skoro Aslan jest w drodze... (Lew, Czarownica i stara szafa, str. 70). Idźcie koniecznie na film!
Źródło: elendili.nazwa.pl/viewtopic.php?t=336


Temat: Czy Eru IlĂşvatar jest Bogiem miłości?
Zapoznałam się już ze wspomnianą przez Galadhorna na początku wątku encykliką Benedykta XVI "Deus caritas est". Myślę, że to dobry punkt wyjścia przy próbie odpowiedzi na pytanie, czy Eru jest Bogiem miłości w chrześcijańskim rozumieniu tego zwrotu. (Podaję link do całości tekstu: http://www.vatican.va/hol...s-est_pl.html.)
W encyklice wiele miejsca poświęconego jest opisowi działań Boga w stosunku do ludzi, przez które okazuje im miłość - najpierw następuje odniesienie do Starego, potem do Nowego Testamentu. To ważne rozróżnienie, bo miłość Boga do Jego ludu w Starym Testamencie objawiała się przede wszystkim w przymierzu z narodem wybranym - po cezurze między ST a NT, jaką było życie Chrystusa i narodziny chrześcijaństwa, to pojęcie nabrało dla chrześcijan zupełnie nowego znaczenia.

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. - J, 3, 16.
Pisaliście już wyżej, że Eru jest Bogiem "nieobjawionym". Nie było Wcielenia i Odkupienia dokonanego przez Syna Bożego, nie było także Przymierza z narodem wybranym. Można chyba mówić o świecie tolkienowskim jako o odpowiedzi na pytanie: co by było, gdyby ten sam Bóg (chrześcijański Bóg) stworzył zupełnie inny świat?
Odwołam się tutaj do Lewisa, bo wydaje mi się, że pod tym akurat względem jego wizja jest bardzo podobna do tolkienowskiej. Jest taki fragment w "Podróży Wędrowca do Świtu", kiedy Edmund i Lucy dowiadują się, że już nigdy nie wrócą do Narni. Nie mam przy sobie książki (jak zazwyczaj, kiedy mam dostęp do Sieci), więc skazana będę na zawodną pamięć : Aslan mówi, że jest również w naszym świecie, ale nosi tam inne imię. Dzięki pobytowi w Narni dzieci będą mogły lepiej poznać Go w swoim własnym świecie. Aslan mówi wtedy o sobie jako o Wielkim Budowniczym Mostów.
Aslan jest chrześcijańskim Bogiem (Lewis wyraźnie na to wskazuje) w innym świecie niż nasz. Podobnie można myśleć o Eru - pewne wydarzenia potoczyły się inaczej, inne w ogóle nie miały miejsca, toteż miłość Stworzyciela musiała być inna niż ta, o której mówi chrześcijaństwo.
Można więc wyszukiwać analogie pomiędzy Eru a Bogiem chrześcijańskim, ale nie w warstwie "fabularnej". Jeśli chodzi o ogólny stosunek do Eruhinich (włącznie z kwestią NĂşmenoru, nieoczywistą, jak okazało się już w temacie o Valarach), to wydaje się może trochę "starotestamentowa". Bóg znany ze ST jest surowy, a Jego decyzje (np. Lb 25) mogą chyba chwilami wydawać się niezrozumiałe. Ale pamiętając o czasach wędrówki Izraelitów z Egiptu do Kanaanu, trzeba zauważyć, że Bóg, który przeprowadza Swój lud przez pustynię (karmiąc go, przeprowadzając przez morze), był na Bliskim Wschodzie starożytności całkowitą "rewolucją". Żadna religia z tych, z którymi mogli spotkać się Izraelici, nie kładła takiego nacisku na etykę. Opis potopu znajduje się już w mezopotamskiej literaturze mitologicznej; czytamy tam, że bogowie postanowili zgładzić ludzi, bo ci nieznośnie hałasowali! W politeistycznych religiach starożytnego Bliskiego Wschodu bóstwa wymagały przede wszystkim składania ofiar i budowy świątyń. Nie ma tu raczej mowy o miłości do ludzi czy w ogóle do stworzenia - ludzie mają być sługami bogów. Na tym tle Jahwe jest "jedyny w swoim rodzaju". Jest Bogiem miłości, ale ST mówi o tym z pomocą innego zestawu pojęć niż ten, do którego my jesteśmy przyzwyczajeni. Podobnie trudno mówić o Eru jako o okrutniku, który "wymordował Numenorejczyków", tym bardziej, że można tu mówić o ich wyborze.
Świat tolkienowski jest w strefie pojęć i wartości równie odległy od naszego niż starożytny Bliski Wschód, miłość Eru do Eruhinich jest również inna, inaczej okazywana i inaczej odbierana. Myślę, że - szczególnie w "Silmarillionie" - widoczne jest, że IlĂşvatar dobrze życzy mieszkańcom Ardy, co zresztą odzwierciedalają działania Valarów. Inaczej jest z ich miłością do Niego. Kult Eru przybiera sformalizowane formy tylko w NĂşmenorze (a może się mylę? Ktoś mnie poprawi i podrzuci jakiś cytat?), którego mieszkańcy są dosłownie i w przenośni "bliżej Valinoru" niż inni ludzie. Natomiast przestrzeganie norm moralnych, postępowanie honorowe, odważne, dobre, można chyba nazwać wiernością w stosunku do Eru - może nawet miłością do Niego, ale miłością "nieświadomą". Wydarzenia rozgrywające się na Ardzie widzimy oczami Eruhinich, w "Silmarillionie" - elfów. Można powiedzieć, że ponieważ oni sami tak niewiele wiedzą o swojej własnej miłości do Eru, nie mogą też powiedzieć nam zbyt wiele o Jego miłości do nich - niemniej, z tego, co wiemy o stworzeniu (i z Athrabeth), wynika, że na pewno ich kocha.
Odnosząc się jeszcze do encykliki - jest w niej mowa o ważnej roli modlitwy, która na Ardzie wygląda zupełnie inaczej niż w chrześcijaństwie. Benedykt XVI pisze też o wadze samej instytucji Kościoła dla zagadnienia miłości w chrześcijaństwie; natomiast w tolkienowskim świecie wyznawcy IlĂşvatara nie są i nie mogą być w żaden sposób "zrzeszeni" i zhierarchizowani, bo wybór "religijny" (jeśli można w ten sposób określić sytuację Eruhinich) jest równoznaczny z wyborem etycznym (i heroicznym - była o tym mowa w temacie "Śródziemie - monoteistyczny świat naturalnej teologii?" w dziale "Piękna w swej różnorodności"), więc nie ma warunków ani potrzeby istnienia "śródziemnego Kościoła". To wiele zmienia w podejściu Eruhinich do Eru.
Źródło: elendili.nazwa.pl/viewtopic.php?t=1421


Copyright (c) 2009 Między górami sinoniebieskimi | Powered by Wordpress. Fresh News Theme by WooThemes - Premium Wordpress Themes.